Pewnego dnia postanowiliśmy być szaleni. Kolega skrzyknął ekipę i w cztery osoby pojechaliśmy do Stonehenge.
Czemu szaleni? Z Sheffield do naszego celu podróży jest 211 mil, czyli niemal 350 km. Na szczęście dzięki podróży autem mogliśmy zaoszczędzić czasu oraz pieniędzy, które niewątpliwie stracilibyśmy na podróży angielską koleją. Efekt był taki, że o 5:30 byliśmy już w aucie w drodze na Południe. Mimo małej ilości snu czułam się niesamowicie pobudzona i entuzjastyczna, ale myślę, że to sami potraficie sobie wyobrazić.
Dla mnie ta cała akcja była wielką przygodą. Jestem w Anglii wprawdzie dopiero jakieś pięć miesięcy, ale staram się z tego czasu korzystać jak najlepiej. Jednak do tej pory skupiałam się głównie na spacerach po mieście oraz próbach zwiedzania okolicy. Byłam w Leeds przy jednej okazji, innego razu w Peak District pochodzić po prostu po górach, albo na spacerze w uroczym Bakewell, miasteczku, z którego pochodzą słynne Bakewell tarts (serio, jak będziecie mieli okazję to spróbujcie, to przesłodkie ciacha z ciasta kruchego pokrytego marcepanem i z wisienką).
Droga zajęła nam jakieś cztery godziny, ponieważ musieliśmy jeszcze odrobinę zboczyć by odebrać jedną osobę, która nie mieszka w Sheffield, a to wydłużyło czas podróży. Oprócz niesamowitej ekscytacji, towarzyszyło mi trochę obaw. Dzień wcześniej okazało się, że bilety są drogawe (jak na studencki budżet) i że możliwe są kolejki, nawet z samego rana w lutym, dlatego warto rezerwować miejsca. Trochę też się zastanawiałam, czy warto taką wielką wyprawę organizować dla zobaczenia kilku kamulców, ale sława miejsca wygrała i postanowiliśmy nie rezygnować.
Jeśli jedziecie A303 od wschodu na pewno zobaczycie ten niesamowity monument już z drogi. Już kilka kilometrów wcześniej znajduje się znak ostrzegający przed tym widokiem i proszący o ostrożną jazdę, najwyraźniej ludzie zagapiający się na Stonehenge podczas jazdy nie są rzadkością.
Ceny i czasy
Kiedy sprawdzaliśmy dzień wcześniej ceny i czasy na stronie English Heritage, wyglądało na to, że cenę 15 funtów można w Stonehenge spędzić jedynie 30 minut i to w znacznym oddaleniu od kręgu.
Na szczęście na miejscu prawda okazała się być dużo lepsza. Po zjeździe na darmowy parking należy podjeść do kasy biletowej, gdzie płacimy stosowną sumę. Jednak po wejściu na teren czas pobytu jest ograniczony jedynie naszymi chęciami oraz godziną zamknięcia. Spod visitors’ centre nie widać jeszcze Stonehenge, znajdują się za to inne atrakcje.
Neolityczna wioska i muzeum
Najpierw w oczy rzucają się cztery okrągłe, bielone kredą domki. Są to rekonstrukcje miejsc w których mieszkali budowniczowie Stonehenge wykonane na podstawie informacji zdobytych podczas prowadzonych w okolicy wykopalisk. Trzy z nich są raczej ubogie w atrakcje, zawierają palenisko, oraz ze dwie maty położone na klepisku, i jeśli już kiedyś widzieliście takie rzeczy w swoim życiu, to nie zrobi na was wielkiego wrażenia. W czwartej za to ekspozycja prezentowała się ciekawiej, ponieważ mogliśmy pooglądać repliki krzemiennych lub rogowych broni, potrzymać łuk oraz porozmawiać z człowiekiem przebranym w skóry i wcielającym się w rolę mieszkańca (na klawiaturę ciśnie mi się „jaskiniowca”, ale to już niestety nie te czasy).
Następnie skierowaliśmy się do muzeum, które jest zdecydowanie warte obejrzenia zanim pojedziecie zobaczyć kamienny krąg. Możemy w nim obejrzeć wystawę na temat powstawania Stonehenge, które odbywało się w trzech fazach. To co jest niesamowite, to to, że Stonehenge nie zostało stworzone z losowych lokalnych skał. Część z nich (nazywanych blue stones) została celowo sprowadzona z zachodniej Walii, z terenów oddalonych o około 250 km, co tylko podkreśla jak niesamowicie ważne musiało być to miejsce. Warto wiedzieć, że pomimo tego, że Stonehenge jest najsłynniejsze w okolicy znajdują się Robin Hood’s Ball czy też Woodhenge oraz wiele kurhanów. Możemy dowiedzieć się więcej o kulturze ludzi, którzy tu przebywali, a nawet obejrzeć jeden szkielet i poczytać o analizie składu kości oraz poprzyglądać się różnym wyrobom ceramicznym i ozdobom znalezionym na miejscu.
W drugiej części wystawy nacisk postawiony jest na cel i funkcję Stonehenge. Pomimo tego, że prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się jak dokładnie używano tego miejsca, wiemy, że słońce ustawia się w osi podkowy podczas przesilenia letniego. Wiemy też, że urządzano tam wielkie uczty – i na tym właśnie skupia się druga część wystawy. Dowiadujemy się tam więcej o roli jedzenia w Stonehenge. I to nie tylko dla lokalnych ludzi! Z badań zębów zabitych w Stonehenge zwierząt wynika, że niektórzy ludzie przybywali tu aż z północnej Szkocji! Wygląda też na to, że nie żałowano sobie jedzenia, ponieważ było go tyle, że często świętujący nie byli w stanie wszystkiego dojeść. Wiele połączonych stawowo kości odnaleziono w nienaruszonym stanie i pozycji, co może sugerować, że znajdowało się na nich mięso. Przez lata mięso uległo rozkładowi, ale utrzymane w jednej pozycji kości zachowały się.
Stront w kościach
Jak sprawdzono skąd pochodzą zwierzęta? Tu odzywa się mój wewnętrzny biologiczny nerd.
Zęby, pomimo bycia tkanką kostną nie ulegają aż takiej przebudowie w trakcie życia jak reszta naszego szkielety, który jest bardzo aktywnie działającą tkanką. W związku z tym, naukowcy wzięli zęby tych zwierząt i zmierzyli stosunek stężenia pojawiających się w nim izotopów strontu. Czemu strontu? Jest to pierwiastek, który naturalnie znajduje się w glebie, jednak ilości jego izotopów różnią się w różnych miejscach. Rośliny rosnąc na takiej glebie pobierają stront i zachowują w sobie, by następnie zostać pożarte przez zwierzęta, które zatrzymają go u siebie w kościach.
Do kręgu!
Po tym historycznym wstępie można się wybrać zobaczyć słynny monument. To znaczy wizyta w muzeum nie jest obowiązkowa, ale zdecydowanie polecam, pozwala w pełniejszy sposób docenić to, co zobaczymy za chwilę.
Do samego kręgu dociera się autobusem, który odjeżdża co pół godziny. Podróż trwa ledwie pięć minut. Według opowieści kolegi kilka lat temu było się podwożonym na przyczepce ciągniętej przez traktor. Byłabym wdzięczna gdyby ktoś to potwierdził, bo nie jestem pewna, czy ze mnie nie żartuje ;-).
Na miejscu są tłumy. Nawet w lutym, koło 10tej rano, przy strasznym wietrze. Dlatego nie potrafię wyobrazić sobie jak wielu ludzi musi tam być latem. Ale trudno im się dziwić, widok jest świetny. Nie zostajemy dopuszczeniu do samego kręgu, ale oglądamy go z dość bliskiej odległości. Wynika to ze zwykłej ostrożności – na początku popularności zabytku, jeszcze w XIX wieku zdarzali się ludzie, którzy ryli na kamieniach swoje inicjały, albo próbowali odłupywać kawałki na pamiątkę. Minusem dużej ilości osób, jest to, że trudno zrobić zdjęcie, by nikogo na nim nie było. Plusem, że możesz kogoś poprosić o pstryknięcie ci fotki na tle kręgu.
Co tu dużo mówić, fajnie jest móc stać obok tak niesamowitego kręgu, robić zdjęcie za zdjęciem i zastanawiać się: po cholerę oni to budowali? Możecie też zauważyć jak dużo porostów rośnie na kamieniach i docenić jak czystym powietrzem oddychacie (możliwe, że większość ludzi o tym nie myśli, ale to takie moje krakowskie zboczenie).
Z powrotem też wróciliśmy autobusikiem, bo chociaż spacer kusił, to wiało za bardzo by udało nam się pokonać naszego wewnętrznego lenia. Po tym wszystkim można się jeszcze obkupić w pamiątki, ze Stonehenge jest wszystko – koszulki, gry, czekoladki, zabawki, długopisy, maskotki, pocztówki. Ja skusiłam się na to ostatnie, ale przyznam, że widokówki, to moje małe uzależnienie.
Na miejscu spędziliśmy jakoś ponad dwie godziny. Czy warto? Jasne! Nawet po zobaczeniu wszystkich atrakcji cena nie wydaje się taka straszna.
Oczywiście po tym wszystkim nie wróciliśmy do domu, szkoda dnia. Postanowiliśmy w drodze powrotnej zajechać do Oxfordu, ale to będzie już materiał na kolejną notkę.
A czy wy byliście już w Stonehenge? A może planujecie się tam wybrać? Jakie inne miejsce jest na waszej liście koniecznie zobaczyć w Anglii?
Ja przyznam, że marzy mi się Londyn, ale czekam, aż będę miała tam osobę u której mogłabym przenocować, bo jazda z Sheffield by spędzić tam jedynie kilka godzin zdecydowanie się nie opłaca.
No, to nawet jestem z sobie dumna, luty się jeszcze nie skończył, a tu kolejna notka, tak trzymać!





Komentarze
Prześlij komentarz